Cmentarz lokomotyw na boliwijskim Altiplano jedną z najbardziej ikonicznych atrakcji turystycznych regionu.
Jest
na świecie miejsce, które budzi nostalgię za epoką pary i pierwszych podróży
koleją.
Opuszczone lokomotywy stoją tu jak strażnicy dawnej świetności, tworząc pejzaż
pełen
historii i zadumy. To miejsce, w którym czas zatrzymał się w połowie ubiegłego
wieku.
Wizyta tutaj to wstęp do niezwykłej podróży przez krajobrazy, które wyglądają
wręcz
nierealnie, jak z innej planety. Pośród piasków stoją wraki lokomotyw i wagonów
będących wspomnieniem pamiętającym czasy postępu boliwijskiej kolei.
Jeszcze
jakieś sto lat temu nie mieszkał tu prawie nikt. Nawet odporni na zimno
i przyzwyczajeni do dużych wysokości Indianie omijali z daleka tę część
Boliwii.
Nie chcieli żyć na wyziębionej, słonej pustyni, na wysokości 3670 m n.p.m.
w miejscu, które przypominało jeden z krańców świata.
Nazwali je Uyvinto, czyli „tam, gdzie wieje wiatr.”
Na
początku XIX wieku wszystko się zmieniło. Niechciane miejsce
na bezdrożach andyjskiego płaskowyżu zaczęło zyskiwać na znaczeniu.
Brytyjczycy rozpoczęli w Boliwii budowę sieci kolejowej, która miała połączyć
górnicze miasta w Andach z portami w Chile i Argentynie. Leżące na
strategicznym
skrzyżowaniu linii Uyuni, szybko
stawało się tętniącym życiem centrum tego
ambitnego przedsięwzięcia. Do pracy ściągano angielskich inżynierów,
a nowoczesne lokomotywy i wagony zamawiano głównie
w Wielkiej Brytanii oraz Stanach Zjednoczonych.
Właśnie
tu na suchym, wietrznym Altiplano skrzyżowały się trzy największe
w tej części Ameryki Południowej linie kolejowe łączące Boliwię, Argentynę i
Chile,
które przewoziły srebro, cynę, cynk i inne surowce z andyjskich kopalń do
portów
Ameryki Południowej. Transportowano nimi z głębi kontynentu do portów
nad oceanem przynoszące spore zyski, surowce mineralne.
Czas
świetności skończył się jednak w latach 40-tych XX wieku, gdy
boliwijskie górnictwo zaczęło podupadać z powodu wyczerpania zasobów.
Zamykano wtedy kopalnie jedna po drugiej. Skutkiem nieodwracalnej dekoniunktury
był upadek przewozów towarowych, zatem i linie kolejowe straciły na znaczeniu,
a kosztowne w utrzymaniu tabory porzucono na skraju pustyni.
To
niezwykłe miejsce stało się żywym symbolem przemijającego czasu,
bo przedstawia w sposób najbardziej wymowny losy upadku kolei żelaznej.
Zgromadzone na pustyni zdezelowane wraki wciąż imponują rozmachem oraz
ciężarem historii kolei tej części Ameryki Południowej na przestrzeni wieków.
Ze
względu na silne, słone wiatry wiejące z pobliskiego solniska, metalowe
konstrukcje uległy silnej korozji, co nadaje im unikalny, postapokaliptyczny
wygląd. A samo miejsce spoczynku parowozów jest wciąż żywą
legendą i pamiątką po czasach rozkwitu kolei żelaznej.
Dziś
cmentarzysko przypomina otwarty skansen, choć nie ma tu kas,
ogrodzeń, tabliczek ani wyznaczonych tras zwiedzania. Można swobodnie
eksplorować teren pomiędzy stalowymi wrakami. To właśnie otwartość
tego „muzeum kolejnictwa pod gołym niebem” oraz surowy charakter
miejsca nadają mu niesamowitą, autentyczną atmosferę.
Choć
sieć trakcyjna nigdy tu nie istniała – pociągi były parowe – do dziś
przez
region przebiegają czynne tory, którymi kursują m.in. pociągi pasażerskie na
trasie
Oruro – Uyuni – Villazón. A wydaje
się, że te tory prowadzą donikąd…
Dla
fanów kina ustawiono w pobliżu wyspawane z metalu figury prezentujące
bohaterów filmów fantastycznych (tak sądzę, bo obca mi to tematyka).
Tuż
przy cmentarzysku lokomotyw kwitnie też drobny handel.
Atrakcyjność
cmentarzyska podkreśla jego wyjątkowa lokalizacja w pobliżu
solniska Salar de Uyuni oraz w bezpośrednim sąsiedztwie miasta Uyuni, w którym
z kolejowych czasów prosperity pozostało niewiele. W powstałej wówczas osadzie
zbudowano pierwsze domy, kościół i oczywiście stację kolejową. Aktualnie z
małego
dworca kilka razy w tygodniu odjeżdżają dalekobieżne pociągi pasażerskie do
Oruro i miasta Villazón na pograniczu Boliwii i Argentyny.
Dziś
Uyuni jest znów cichym i melancholijnym miasteczkiem.
Między społecznościami wokół Salar de Uyuni istnieje sieć
osad,
często o charakterze rolniczo‑pasterskim,
zamieszkiwanych przez
ludność andyjską należącą głównie do Indian Aymara i Quechua.
Języki, zwyczaje i wierzenia silnie definiują tę
społeczność, której kultura przenika
do codziennego życia. To dlatego murale, pomniki i płaskorzeźby w Uyuni
często przedstawiają codzienność mieszkańców Altiplano, tradycyjne
stroje oraz historię regionu, w tym motywy związane z koleją.
W mieście znajduje się m.in. charakterystyczny pomnik upamiętniający rajd Dakar.
Boliwijczycy
są dumni z faktu, że najsłynniejszy rajd świata
przebiegał przez te tereny, dlatego pamiątki po Dakarze odnajdziemy
w różnej formie, również jako mural na leciwej elewacji budynku.
W andyjskiej części kraju – Altiplano – architektura jest
surowsza i ściśle powiązana
z lokalnymi zasobami. W małych miejscowościach powszechne są
tradycyjne domy
z adobe – cegły suszonej na słońcu. Zapewniają doskonałą izolację termiczną,
co jest kluczowe przy dużych dobowych wahaniach temperatury.
Architektury miasteczka z jednej strony jest bardzo skromna,
a z drugiej zadziwiająca i pełna twórczego rozmachu ;-)
Dobrze zaopatrzone sklepy w Uyuni…
I wejście do hotelu…
który oferował przytulność i ciepło podczas mroźnych nocy na Altiplano.
Do
usłyszenia w kolejnych boliwijskich opowieściach
Z serdecznym, majowym pozdrowieniem…
Anita


































O kurcze, ale urokliwe miasteczko, a o takim cmentarzu lokomotyw pierwsze słyszę.
OdpowiedzUsuńBoliwia jest powszechnie uznawana za jeden z najbiedniejszych i najmniej rozwiniętych krajów w Ameryce Południowej. Pomimo bogactwa w surowce naturalne, państwo to zmaga się z wysokim poziomem ubóstwa, które dotyka znaczną część społeczeństwa. Mimo to, te małe miasteczka mają swój klimat, a przyjaźni mieszkańcy pozostaną w mych najmilszych wspomnieniach...
UsuńPozdrawiam najcieplej i dziękuję Ci za odwiedziny ;-)
Niezwykła opowieść o niezwykłych maszynach...
OdpowiedzUsuńTak właśnie zapamiętam to cmentarzysko lokomotyw - jako niezwykłe miejsce pośrodku niczego, co tym bardziej wzmacnia wrażenie nierealności tego "muzeum kolejnictwa pod gołym niebem."
UsuńPosyłam Basiu moc serdecznych pozdrowień!
Fascynujące cmentarzysko, u nas już byłoby rozkradzione na złom. Zupełnie inaczej wyglądają pamiątkowe rzeźby, które są mi bliższe . Bardzo ciekawe miejsca zwiedziłas, podziwiam Twoją ciekawość świata i cudownie, że swoje marzenia realizujesz.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam Cię serdecznie.
Bardzo dziękuję Celu, bo właśnie zaciekawienie, ta nieposkromiona potrzeba poznawania
Usuńbliskich i zupełnie odległych zakątków Europy oraz innych kontynentów gna mnie w coraz
to nowe miejsca. Świat jest tak fascynujący, a wrażenie z jego odkrywania niezapomniane!
To coś, co zostanie we mnie na zawsze :-)
A Boliwia to kraj kontrastów. Jest uważana za najbardziej "indiański" kraj kontynentu, gdzie rdzenne tradycje są niezwykle silne. Dlatego kulturowo i krajobrazowo potrafi zachwycić, co postaram się dowieść w kolejnych opowieściach ;-)
Ściskam mocno i pozdrawiam gorąco!
Robi wrażenie to cmentarzysko w dodatku w środku niczego. Miałem już okazję obejrzeć muzeum kolejki wąskotorowej, czy zabytkowych lokomotyw ale wszędzie one były przynajmniej wizualnie dobrze utrzymane a tu faktycznie widać ich przemijanie. Warunki sprzyjają agresywnej korozji i robi to niesamowite wrażenie. Wizualnie podobają mi się te miasteczka tak różne od naszych, ale chyba wolałbym tam być tylko turystycznie. Pozdrawiam serdecznie :)
OdpowiedzUsuńO tak, to zupełnie zrozumiałe, że również nie wybrałabym Boliwii na miejsce do życia...
UsuńTen kraj charakteryzuje się niskim PKB na mieszkańca, wysokim poziomem ubóstwa, szczególnie wśród ludności rdzennej. Mimo trudnej sytuacji ekonomicznej, Boliwia zyskuje na popularności jako kierunek turystyczny, słynący z najniższych cen w Ameryce Południowej oraz niesamowitych krajobrazów. Jej odmienność kulturową również uważam za walor.
Co się zaś tyczy cmentarzyska lokomotyw, to pozornie wydaje się, że nie ma niczego ciekawego w takiej ilości rdzewiejącego żelastwa. Jednak te zdezelowane szkielety pośrodku płaskowyżu będącego rozległym pustkowiem to intrygujący i niezapomniany widok, niemal jak sceneria filmu katastroficznego ;-)
Przesyłam majowe pozdrowienia!
Niebywała historia, jak wszystko się zmienia... nie zawsze na lepsze. Niesamowite muzeum w plenerze. Mnie bardzo żal dworców kolejowych, małych stacyjek, których już nie ma, miały tyle uroku.
OdpowiedzUsuńA hotel bardzo przytulny 🙂
Przygnębiająco prezentuje się to, co pozostało z ówczesnego rozkwitu kolei na boliwijskim Altiplano. Pomimo tego, cmentarzysko to jest jednym z najbardziej znanych i rozpoznawalnych tego typu miejsc na świecie. To unikalność na skalę światową!
UsuńDziękuję Basiu za odwiedziny :-) Serdeczności posyłam!
Jak zawsze bardzo interesująca relacja. Jestem też pod wrażeniem cmentarzyska starych lokomotyw parowych. Warunki klimatyczne dodają im pewnego uroku. Zachwyciły mnie rzeźby science fiction. Bardzo interesujące podobnie jak i tamtejsza architektura miasteczka.
OdpowiedzUsuńSerdecznie pozdrawiam:)
Podobnie i ja byłam pod wrażeniem tego miejsca, gdyż zastygłe w czasie maszyny tworzą
Usuńsurrealistyczny pejzaż, będący połączeniem niegdysiejszej techniki i surowej natury.
Ich zardzewiałe formy, okoliczne pustkowie i skąpa roślinność w piękny,
pogodny dzień stanowią niezwykły, fotograficzny plener.
Przesyłam Łucjo uściski i pozdrowienia!
Ciekawe miejsce i ciekawa jego historia. Jakiś czas temu czytałam książkę fantasy w klimacie steampunku i właśnie tak sobie wyobrażałam tamtejsze bezdroża: pustynia, złoty piasek unoszący się przy każdym powiewie wiatru i linia kolejowa ciągnąca się w nieskończoność.
OdpowiedzUsuńMiasteczko też bardzo fajne, takie cieplutkie i przyjemne.
Uyuni jest sennym, spokojnym miasteczkiem, gdzie jak w soczewce skupia się skromne
Usuńżycie rdzennej ludności Boliwii. Natomiast cmentarzysko lokomotyw to unikalne muzeum
na wolnym powietrzu, które przyciąga turystów i miłośników kolejnictwa z całego świata,
a żelazne kolosy porzucone po zakończeniu działalności, stanowią dziś materialne świadectwo epoki industrialnej ;-)
Pozdrawiam Jula!
Czesc Anitko 😉Ależ to jest niesamowite miejsce 😍 Te lokomotywy wyglądają jak kadry z filmu postapokaliptycznego albo snu o dawnych podróżach… Jest w tym coś jednocześnie pięknego i melancholijnego. Uwielbiam takie miejsca z historią i duszą ❤️
OdpowiedzUsuńTwoja opowieść sprawiła, że aż poczułam ten wiatr Altiplano i surowość tego krajobrazu. No i te tory „prowadzące donikąd” — genialny klimat! 😊 Cudownie pokazałaś nie tylko sam cmentarz lokomotyw, ale też życie i kulturę tego regionu. Czytałam z ogromnym zainteresowaniem 🌎✨
Aniu, cmentarzysko lokomotyw to niezwykłe i zdumiewające miejsce o dużej wartości
Usuńhistorycznej i kulturowej. Skłania do refleksji nad rozwojem technologii, przemijaniem epok
i przemianami społeczno-gospodarczymi, które doprowadziły do porzucenia tych maszyn.
I przyznam szczerze, że Boliwia intensywnie odcisnęła się w moich wspomnieniach. Właśnie w takich prowincjonalnych miasteczkach można najlepiej poczuć autentyczny klimat tego najwyżej położonego kraju na kontynencie.
Pozdrawiam majowo i życzę Ci pięknego weekendu!
Jestem pełna uznania dla tamtejszych mieszkańców. Trudne warunki pogodowe i bytowe nie zniechęciły ich do życia w tym oddalonym od cywilizacji miejscu. Cieszę się, że tam dotarłaś, bo chyba tylko turyści utrzymują miejscowych przy życiu, co widać po oferowanych im atrakcjach. Całkiem inne, niezwykłe miejsce. Dzięki Anitka za świetną relację. Pozdrawiam majowo i pachnąco:)))
OdpowiedzUsuńUla podzielam podziw dla Boliwijczyków m.in. ze względu na ubóstwo, w jakim przyszło im żyć. To wytrwali, dzielni, pełni godności ludzie, których życzliwe nastawienie do turystów sprawiło, że czułam się bezpiecznie pośród lokalnej społeczności.
UsuńPosyłam moc najserdeczniejszych pozdrowień!
Jak to niesamowicie wygląda ten skansen na pustyni. Jestem tak zachwycona tym miejscem i zdjęciami, że trudno to opisać! Tak dobrze się ogląda twoje relacje. Z wielką przyjemnością pojeździłabym tamtejszymi pociągami. Wraki są boskie!
OdpowiedzUsuńTo prawda Kasiu, bo te zardzewiałe, zdezelowane wraki na tle boliwijskiego pustkowia prezentują się niesamowicie - jak kadry z filmu katastroficznego ;-)
UsuńNiezmiernie lubię oglądać nie tylko stare pociągi i lokomotywy, ale właściwie wszystko, co związane jest z opuszczonymi liniami kolejowymi — a takich miejsc nie brakuje ani w Kanadzie, ani w Stanach Zjednoczonych. Niestety, kolej, która kiedyś stanowiła niemal krwiobieg kanadyjskiej gospodarki, z biegiem lat coraz bardziej traciła na znaczeniu. Wiele tras pasażerskich zlikwidowano już dawno temu, a po pewnym czasie zamarł również ruch towarowy.
OdpowiedzUsuńTe lokomotywy rzeczywiście wyglądają niemal postapokaliptycznie! Kilka razy natknąłem się na podobne widoki na Kubie. Tam lokomotywy m.in. ciągnęły wagony z trzciną cukrową lub cukrem do cukrowni, ale gdy wiele z tych zakładów upadło, zarówno kolej, jak i tabor stały się zbędne. Pamiętam też podróż pociągiem ciągniętym przez bardzo starą, oryginalną lokomotywę parową, która z trudem radziła sobie z uciągnięciem wszystkich wagonów. W drodze powrotnej musieliśmy nawet zatrzymać się na jakiś czas pośrodku trasy — chyba dostała zadyszki! 😁
W Kanadzie stare parowozy najczęściej trafiają do muzeów albo prywatnych kolekcji. Nierzadko są utrzymane w tak doskonałym stanie, jakby dopiero opuściły fabrykę. Natomiast w terenie można natknąć się na wiele innych pozostałości dawnej kolei: budynki stacyjne, mosty kolejowe, rozsypujące się warsztaty naprawcze, dawne obrotnice lokomotyw czy oczywiście nasypy, po których niegdyś biegły tory.
Na szczęście część nieczynnych linii kolejowych zamieniono na szlaki piesze, rowerowe i konne. Zawsze uwielbiam jeździć po nich rowerem. Gdybym jednak nie wiedział, że kiedyś kursowały tam pociągi, zapewne sam bym się tego nie domyślił. W większości przypadków zniknęły niemal wszystkie ślady dawnej infrastruktury, a jedynie wąskie, wyjątkowo solidne mosty przypominają, że przed laty przejeżdżały tędy ciężkie składy kolejowe.
Bardzo blisko domu mojej znajomej mieszkającej w USA przebiega piękny szlak rowerowy, po którym jeszcze do 1980 roku kursowały pociągi. Dopiero niedawno odkryłem jednak, że inny pobliski szlak rowerowy również częściowo powstał na trasie dawnej linii kolejowej, która przestała funkcjonować ponad 125 lat temu. Co więcej, po dokładnym przeanalizowaniu zdjęć satelitarnych okazało się, że tor tej dawno zapomnianej linii albo przecinał posesję mojej znajomej, albo przebiegał dosłownie kilka metrów od jej domu.
Swoją drogą często wyobrażam sobie, jak głośno musiało być w tym miejscu ponad sto lat temu. Wystarczy pomyśleć o dwóch pociągach jadących jednocześnie po dwóch różnych liniach, ciągniętych przez parowe lokomotywy, ziejące dymem, parą i iskrami. Dziś panuje tam niemal idealna cisza, a jedynym śladem tamtego świata są ścieżki, po których spacerują ludzie lub przejeżdżają rowerzyści. I niestety, nie pozostawiono na pamiątkę żadnej starej lokomotywy...
Jack, dziękuję Ci za świetną, wyczerpującą i inspirującą opowieść ;-)
UsuńZaciekawiłeś mnie tematem do tego stopnia, że postanowiłam doczytać, jak wygląda kwestia infrastruktury na starych, niewykorzystywanych już – zgodnie z pierwotnym przeznaczeniem – torowiskach w Polsce.
Wiele linii zostało zamkniętych lub całkowicie zlikwidowanych, a infrastruktura kolejowa stopniowo popadała w ruinę. Opuszczone tory i dworce przyciągają miłośników urbexu oraz pasjonatów historii kolei. W różnych zakątkach Polski wciąż można znaleźć porośnięte roślinnością torowiska, niszczejące budynki stacyjne i zardzewiałe semafory. Niektóre z tych miejsc wciąż mają szansę na drugie życie, dzięki inicjatywom społecznym i projektom rewitalizacyjnym. Z roku na rok przybywa dawnych, nieczynnych linii kolejowych, które zostały zrewitalizowane i zamienione w rekreacyjne trasy pieszo-rowerowe (tzw. rail-to-trail).
Do najciekawszych i najbardziej znanych w kraju należą:
• Trasa dawnej Kolei Wąskotorowej (woj. zachodniopomorskie). To najdłuższy taki szlak w Polsce, będący częścią wielkiej trasy Stary Kolejowy Szlak. Poprowadzony po nasypach zlikwidowanych torów, m.in. na odcinkach Karlino – Gościno oraz Złocieniec – Połczyn-Zdrój. Asfaltowa, widokowa ścieżka biegnie przez malownicze tereny.
• Żelazny Szlak Rowerowy (woj. śląskie): Pętla o długości około 43 km, której znaczna część biegnie po śladzie dawnej, historycznej linii kolejowej łączącej polskie i czeskie pogranicze (m.in. w Jastrzębiu-Zdroju i Zebrzydowicach).
• Ścieżka Nowy Targ – Bór (woj. małopolskie): Krótka (ok. 5 km), ale piękna trasa poprowadzona po dawnym nasypie kolejowym w kierunku Suchej Góry. Trasa pozwala podziwiać torfowiska i oferuje wspaniałe widoki na Tatry.
Inne popularne przykłady udanej adaptacji torowisk to: Trasa rowerowa Toruń – Unisław i Ścieżka Bydgoszcz – Koronowo (obie w woj. kujawsko-pomorskim).
Warto wspomnieć też o alternatywnym wykorzystywaniu torów, które nadal, fizycznie leżą. Otóż w niektórych miejscach Polski zorganizowano turystykę drezynową, czyli po starych torach turyści poruszają się ręcznymi lub rowerowymi drezynami. Najpopularniejsze tego typu atrakcje działają m.in. na trasie Bieszczadzkiej Kolejki Leśnej, a także na liniach lokalnych na Mazurach.
Przez dekady zmieniał się polski krajobraz stopniowo przesuwając uwagę z torów na asfalt. Gdy kolejne linie zapadały w niepamięć, kraj tracił coś więcej niż infrastrukturę. Tracił rytm życia lokalnych społeczności.
Cieszę się, że mój komentarz wywołał taki odzew!
UsuńTo bardzo interesujący temat, bo właściwie niewiele wiem o porzuconych liniach kolejowych w Polsce i ich dalszych losach. Zapewne w Kanadzie i USA jest ich znacznie więcej niż w Europie, ponieważ pasażerski transport kolejowy został tutaj radykalnie ograniczony, a przewozy towarowe w dużej mierze przejęły drogi i ciężarówki. Mam nadzieję, że w Polsce i innych krajach europejskich nadal można dojechać pociągiem do wielu miejsc, do których kolej w Ameryce Północnej już dawno nie dociera.
Tutaj ukazało się wiele książek poświęconych historii linii kolejowych, które przez dziesięciolecia stanowiły kręgosłup kanadyjskiej gospodarki, transportując między innymi drewno i zboże. Jedna z takich tras przebiegała przez słynny Algonquin Provincial Park w Ontario oraz przez osadę Wilno — pierwszą polską osadę w Kanadzie. Była to swego czasu jedna z najruchliwszych linii kolejowych w kraju; pociąg przejeżdżał nią średnio co dwadzieścia minut! Obecnie część dawnego torowiska została przekształcona w szlak rowerowy, a po drodze można nadal zobaczyć mosty, a nawet dawne budynki stacyjne.
W Kanadzie, gdy firmy kolejowe przestawały korzystać z danej linii, zwykle usuwały tory oraz większość infrastruktury, włącznie z nieraz bardzo ciekawymi architektonicznie stacjami. Niektóre jednak przetrwały jako prywatne domy, sklepy lub muzea, a część została nawet przeniesiona w inne miejsca.
Kilka lat temu natknąłem się na świeżo porzuconą linię kolejową przebiegającą przez niewielkie miasteczko Courtland. Gdy odwiedziłem je ponownie w tym roku, zauważyłem, że tory są już stopniowo demontowane. Ponieważ fragment tej samej linii od wielu lat funkcjonuje jako szlak rowerowy, mam nadzieję, że również ten odcinek zostanie kiedyś do niego włączony.
Przekształcanie dawnych linii kolejowych w szlaki rekreacyjne to moim zdaniem znakomity pomysł. Takie trasy są zazwyczaj niemal całkowicie płaskie, posiadają solidne mosty, które mimo wieku mogą bez problemu służyć rowerzystom i pieszym, a także groble przecinające jeziora, stawy i bagna.
Kiedyś przejechałem się samotnie (i to zupełnie nowym samochodem!) po dawnej trasie kolejowej, prowadzącej między innymi przez lasy i niezwykle wąskie groble. Gdyby z przeciwka nadjechał jakiś pojazd, jeden z nas musiałby długo wycofywać tyłem, ponieważ nie było najmniejszej możliwości zawrócenia. Była to trochę ryzykowna (i nieco nieodpowiedzialna z mojej strony) wyprawa, ale do dziś ją pamiętam.
C.D.N.
Część II
UsuńCieszę się, że podobne rozwiązania stosuje się również w Polsce, bo szkoda byłoby nie wykorzystywać tak znakomitej infrastruktury do nowych celów.
W stanie Minnesota, do którego często jeżdżę, istnieje bardzo wiele takich szlaków kolejowych i są to naprawdę doskonałe trasy rowerowe. W niewielkim miasteczku Akeley, które niegdyś było ważnym ośrodkiem przemysłu drzewnego, spotkaliśmy starszego, niezwykle sympatycznego mężczyznę — prezesa miejscowego Towarzystwa Historycznego. Opowiadał nam różne ciekawe historie i wspomniał, że jego ojciec (a może dziadek) pracował przy budowie linii kolejowej, która później została zlikwidowana i zamieniona na szlak rekreacyjny Heartland State Trail — ten sam, po którym wielokrotnie jeździliśmy na rowerach.
Wydało mi się to dość ironiczne: dziadek budował kolej, jego syn podróżował nią pociągami, a wnuk pomagał usuwać tory i dziś spaceruje lub jeździ rowerem po dawnej linii kolejowej.
Zresztą w moich blogach turystycznych zawsze staram się dorzucić jakieś ciekawe informacje o kolejach.
Gdy wspominasz o turystyce drezynowej, przypomniało mi się, że tutaj wolontariusze i pasjonaci kolejnictwa często przejmują całe stacje kolejowe i własnymi siłami przywracają im dawną świetność, a następnie wynajmują je na różne imprezy. Co więcej, niektórzy reperują istniejące tory, układają nowe odcinki, zdobywają uprawnienia maszynistów i organizują przejazdy turystyczne. Często takie pociągi ciągnięte są przez odrestaurowane lokomotywy parowe, co stanowi dodatkową atrakcję.
Oczywiście tego rodzaju inicjatywy wymagają nie tylko ogromnej pasji i zaangażowania wolontariuszy, ale również znacznych środków finansowych. Z tego powodu część muzeów kolejowych musiała w ostatnich latach ograniczyć swoją działalność, ponieważ po prostu brakuje im funduszy.
Rzeczywiście, zanik linii kolejowych oznacza utratę czegoś więcej niż tylko infrastruktury. To także utrata fragmentu historii i dziedzictwa. Dlatego zamienianie dawnych torowisk w szlaki pieszo-rowerowe pozwala przynajmniej częściowo zachować pamięć o tej fascynującej przeszłości, a jednocześnie zachęca nowych użytkowników do bardzo zdrowej formy rekreacji.
Niemniej jednak te zdjęcia z Boliwii, przedstawiające porzucone lokomotywy, były naprawdę wyjątkowe i zupełnie odmienne od tego, co można spotkać tutaj.
Pozdrawiam!
Jack, z szacunku do czasu, jaki poświęciłeś, by podzielić się swoją refleksją jeszcze „parę słów” ode mnie 😉
UsuńPo transformacji ustrojowej uznano wiele lokalnych połączeń za nierentowne. Z czasem infrastruktura zaczęła niszczeć, a same linie zniknęły z map. Zatem od lat 90-tych XX wieku zlikwidowano w Polsce prawie 4 tysiące kilometrów tras kolejowych. Linia po linii, stacja po stacji znikały z rozkładów. Decyzje uzasadniano nierentownością, restrukturyzacją, optymalizacją sieci. Za tymi pojęciami kryły się coraz bardziej puste perony i tysiące kilometrów torów, których nikt już nie zamierzał remontować. W wielu miejscach zachowały się fragmenty dawnej infrastruktury. Najpierw wyłączone z użytku, później pozostawione same sobie. Na ich fizyczną likwidację brakowało środków. Demontaż torów, sieci trakcyjnej i rekultywacja terenu kosztowały więcej, niż można było odzyskać ze złomu. Zadłużone koleje nie były w stanie tego udźwignąć. Dlatego do dziś spotkać można rdzewiejące tory prowadzące donikąd lub linie pozbawione całych odcinków, rozkradzionych na złom. I choć wiele z nich rozebrano lub przekształcono w ścieżki rowerowe, pozostałe stały się mekką dla pasjonatów. Jednych przyciągają malowniczymi wiaduktami i historyczną architekturą, innym przypominają o problemie wykluczenia transportowego.
Jednak podróżowanie koleją to nie tylko sposób na przemieszczanie się z punktu A do punktu B (bo w takim wariancie wybieram inne środki komunikacji nie mając najlepszego zdania i raczej złe wspomnienia z podróży z PKP), ale w opcji turystycznej, to także wyjątkowa okazja do podziwiania malowniczych krajobrazów i odkrywania uroków różnych regionów. I ten wariant jest dla mnie znacznie bardziej kuszący, bo w Europie znajduje się wiele tras kolejowych, które zachwycają swoją scenerią i oferują niezapomniane wrażenia. Najpiękniejszych 11 tras kolejowych w Europie - od szwajcarskich Alp, przez fiordy, nadmorskie klify po syberyjską tajgę - obejmuje krajobrazy, których nie zobaczysz przez okno samochodu ani z pokładu samolotu. Trzy z nich wpisano na listę UNESCO jako przykłady harmonijnego połączenia techniki z krajobrazem.
Moim marzeniem jest podróż Szwajcarską Koleją Panoramiczną, która oferuje przejazdy przez górskie kaniony i ostre szczyty Alp z widokiem na Matterhorn. Glacier Express (przejazd z Zermatt do St. Moritz przez 291 mostów i 91 tuneli na całej trasie trwa około 8 godzin) i Bernina Express (podczas przejazdu mijasz lodowiec, strzeliste wiadukty i alpejskie pejzaże widoczne przez przeszklony dach wagonu) to klasyki, które trafiają na każdą listę najpiękniejszych przejazdów kolejowych w Europie.
Ale West Highland Line w Szkocji, Bergensbanen w Norwegii czy Dolina środkowego Renu potrafią zaskoczyć równie mocno. Miałam szansę przejazdu - wprawdzie na krótkim odcinku – wspomnianą wyżej koleją norweską i faktycznie oprócz komfortu podróży, pejzaże za oknem dosłownie zwalają z nóg.
Wracając jednak na rodzime podwórko, warto dodać, że czas stagnacji w historii polskiej kolei mija, a jej przyszłość podobno rysuje się optymistycznie. Modernizacje torowisk, nowoczesny tabor oraz rozbudowa sieci połączeń, w tym inwestycje w kolej w mniejszych miastach, to najważniejsze plany na rozwój sektora kolejowego w naszym kraju. Należy również wspomnieć o zakrojonych na szeroką skalę remontach dworców kolejowych. Przykładem takiej realizacji jest m.in. dworzec kolejowy w Białymstoku – architektoniczna perła Podlasia.
Kolej w Polsce zmienia się, a modernizacja dworców to tylko jeden z wielu elementów tego procesu. Rozwój transportu szynowego to bardzo dobra wiadomość dla milionów mieszkańców naszego kraju, którzy zyskają nie tylko możliwość szybszego dojazdu do wielu regionów, ale także lepszą jakość usług transportowych.
Pozdrawiam serdecznie!
Dziękuję za chyba najobszerniejszą odpowiedź do komentarza, jaką kiedykolwiek otrzymałem!
UsuńNie miałem pojęcia, że w Polsce zniknęło aż tyle kilometrów trakcji kolejowej. Ale trudno się dziwić—kolei jest niezmiernie trudno współzawodniczyć z samochodami, a nawet samolotami. Miło jednak słyszeć, iż taka sytuacja się zmienia i że staje się z powrotem bardziej popularna. Ja pamiętam jedynie podróżowanie koleją w PRL. Wiele razy było to bardzo nieprzyjemne doświadczenie: zatłoczone pociągi, mylne informacje, brak biletów, brak miejsc siedzących pomimo wykupienia miejscówek, częste opóźnienia pociągów i czasem „ciekawe” towarzystwo. W 1981 roku, wracając z Mazur, siedzieliśmy w przejściu/przedsionku pomiędzy wagonami, na „ruchomej podłodze”—było to jedyne wolne miejsce w pociągu.
W Ontario swego czasu do wspomnianego przeze mnie ogromnego parku Algonquin Provincial Park nie było żadnych dróg, toteż kolej stanowiła jedyny środek transportu. W momencie przeprowadzenia przez park drogi, stała się niepotrzebna. Gdy obecnie podróżuję samochodem czy też na kanu na brzegach zatoki Georgian Bay, często mijam malutkie osady—obecnie składające się z kilku domków letniskowych lub jedynie nazw na mapie—przez które przechodzą główne linie kolejowe. Kiedyś były tam prężne skupiska ludzi i posiadały stacje kolejowe, na których wysiadali m.in. podróżnicy, myśliwi, wędkarze i wodniacy. Dzisiaj przejeżdżają tylko pociągi towarowe (a może sporadycznie dalekobieżne pasażerskie) i żaden się w nich nie zatrzymuje.
Jeszcze do niedawna można było pojechać pociągiem pasażerskim z Toronto do miasta Cochrane w Ontario, a stamtąd następnym pociągiem „Polar Bear Express” nad zatokę James Bay. Gdy kilka razy byłem na północy i akurat na stacji zatrzymywał się pociąg pasażerski Toronto-Cochrane, wysiadały z niego 2-3 osoby, a w wagonach były pustki—toteż zaprzestano tego przedsięwzięcia, zastępując go autobusami. Natomiast pociąg „Polar Bear Express”, towarowy i pasażerski, nadal funkcjonuje—z tego prostego powodu, iż (jeszcze) nie dotarła tam żadna droga samochodowa, a znajdują się tam 2 miasteczka/rezerwat indiański, szkoła, szpital oraz mały port. No i przyjeżdżają turyści. Co ciekawe, pociąg „Polar Bear Express” zabiera na podkład m.in. kanu i kajaki i zatrzymuje się „na żądanie”.
Muszę przyznać, że dopiero po 15 latach pobytu w Kanadzie po raz pierwszy jechałem pociągiem (właśnie „Polar Bear Express”) i od tego czasu jedynie 3 razy—i to wszystko były pociągi turystyczne.
C.D.N.
CZĘŚĆ II
UsuńJest możliwe przejechaniem pociągiem przez całą Kanadę, też jest wagon z przeszklonym dachem wagonu—taka podróż zabiera jednak trochę czasu i mimo wszystko wolałbym ją odbyć samochodem. Ale wyobrażam sobie przepiękne widoki, jakie można zobaczyć z okien pociągu w Szwajcarii i innych krajach europejskich—z pewnością od razu zapisałbym się na takie wojaże!
Oglądałem też dość długi film vlogera, jadącego pociągiem koleją transsyberyjską, chyba to zabrało mu 2 tygodnie. Niezapomniane przeżycie!
Jednakże pociągi podmiejskie mają się dość dobrze, bo bardzo dużo ludzi mieszka dziesiątki, a nawet setki kilometrów od miejsca pracy i codziennie nimi dojeżdża. Inni robią to samochodami, co jest niezmiernie męczące i kosztowne oraz strasznie czasochłonne—a jeżeli coś się na drodze wydarzy, to korki dodają wiele godzin do ich podróży.
Biwakując w parku narodowym Indiana Dunes National Park (na południowym końcu jeziora Michigan) w USA, niecały kilometr od parku znajdowała się stacja kolejki podmiejskiej „Metra” i za $10 dojechaliśmy w poniżej 2 godzin do Chicago—pociąg był zapełniony. Podobnie było z dojazdem do Nowego Jorku z miasteczek w stanie Connecticut—wagony były pełne.
W Ontario planuje się wybudowanie super szybkiej kolei łączącej Montreal-Ottawę-Toronto i Windsor, ale byłaby to niesamowicie droga inwestycja i być może nieopłacalna: gęstość zaludnienia, nawet w południowych częściach tej prowincji, nie jest taka, jak w Europie.
W 2007 roku wraz z grupą „Urban Explorers” pojechaliśmy do miasta Rochester w stanie New York, gdzie znajduje się porzucona trasa podziemnej kolejki (bardziej tramwajowej), która m.in. biegła przez most (na górze nadal jeździły samochody)—a ten most swego czasu był… akweduktem kanału Erie Canal i pływały po nim statki! W każdym razie przeszliśmy ok. 4 km w jedną stronę, często w całkowitych ciemnościach, a zdjęcia robiłem przy migawce otwartej na 30-40 sekund. Była to niezapomniana wyprawa, tym bardziej, że od tego czasu większość tych tuneli została zasypana. Też były plany, aby wykorzystać tą trasę jako drogę dla tramwajów czy pociągów, ale nic z tego nie wyszło.
Ciekawe, czy za 50-100 lat zaczną zanikać porty lotnicze, bo klasyczne samoloty zostaną zastąpione np. super-dronami, które będą mogły wszędzie startować i lądować?
Pozdrawiam i życzę wielu przepięknych zdjęć i ciekawych podróży dookoła świata!
Jacek
Tak ciekawe opowieści nie mogą pozostać bez króciutkiej choć refleksji ;-)
UsuńNajwiększe wrażenie zrobiła na mnie informacja, że pociąg „Polar Bear Express” zatrzymywał się na żądanie. Niesamowita fantazja, bo autobus to oczywiste, ale pociąg to już coś!
W podróżowaniu zdecydowanie wybieram samochód, bo daje wolność i totalną niezależność. Natomiast z transportu publicznego zdecydowanie wolę autobus, bo jako dziecko PRL-u mam podobne do Twoich wspomnienia z podróży z PKP, wręcz koszmarne. Cieszę się jednak, że postęp dotarł na polskie koleje, bo dla wielu ludzi to kluczowy, a czasem jedyny sposób na przemieszczanie się. Dlatego, że zlikwidowanych zostało sporo lokalnych połączeń autobusowych i ta mniej mobilna część społeczeństwa nie pozostała wykluczona komunikacyjnie.
Dziękuję Jacku za przepiękne życzenia i niech Tobie się spełnia to, czego pragniesz!
Pozdrawiam weekendowo :-)